Samodzielność PODAJ DALEJ!

Dla Przemysława Stelmasika, specjalisty ds. samoobsługi i jednego z naszych Mustangów każdy dzień to wyzwanie. Aktywny, pełen planów świetnie potrafi zdopingować do walki o siebie. Przemek już wygrał, teraz pomaga wygrywać innym.

 

Anna Klechniowska. Przemku, utraciłeś sprawność, jako dorosły już człowiek. Co było wtedy dla Ciebie najważniejsze i najtrudniejsze?

Przemysław Stelmasik. Na kilka lat przed wypadkiem zmarła moja mama. Miałem 22 lata i nagle musiałem zadbać o siebie. Minęły zaledwie trzy lata i wypadek spowodował, że stałem się osobą niepełnosprawną.  To był dla mnie drugi przełomowy dzień w życiu. Od początku czułem wsparcie mojej dziewczyny, przyjaciół i znajomych – jestem im za to bardzo wdzięczny. To dało mi siłę, pomogło przetrwać najtrudniejszy czas po wypadku. Nasze rozmowy dały mi więcej niż wsparcie psychologiczne w szpitalu. Po dziewięciu dniach po zabiegu w Poznaniu usiadłem na wózek. Wróciłem do szpitala w Koninie, a później do domu. Po dwóch tygodniach na oddziale rehabilitacyjnym, gdzie kontynuowałem rehabilitację pojawili się: Marek Bystrzycki i Sławek Gontarz. Namawiali mnie na udział w zajęciach w Fundacji PODAJ DALEJ - nie byłem jeszcze na to gotowy. Ale to spotkanie bardzo zaważyło na moim życiu. Po raz pierwszy ktoś z podobnymi doświadczeniami rozmawiał ze mną wprost, rozumiał moje wątpliwości i pokazywał, jak mogę zmienić swoje życie. I, że zależy to tylko ode mnie. Wcześniej nie miałem kontaktów z osobami niepełnosprawnymi - wszyscy moi znajomi, przyjaciele byli sprawni i wśród nich czułem się najlepiej. Minęły kolejne cztery lata.  Przez ten czas Marek nie odpuszczał, ciągle mnie przekonywał. Wreszcie sam stwierdziłem, że muszę coś zmienić. Trochę żal mi tych lat, które spędziłem głównie na siedzeniu w domu. Było mi wygodnie. Wciąż mieszkałem z moją byłą już wtedy dziewczyną, która nadal bardzo mnie wspierała. Kiedy pojawiłem się w PODAJ DALEJ - były to początki koszykówki, nie było jeszcze profesjonalnego sprzętu, dodatkowo jeszcze siłownia i basen.

 

 

 

Dlaczego koszykówka? Myślę, że gdyby Marek zaproponował inną dyscyplinę to też bym jej spróbował. Jestem w drużynie Mustangów do dziś. Straciłem sporo czasu, więc chciałem go nadrobić, osiągniecie sprawności zajęło mi ok 2 lata. Pewnie stało by się to szybciej gdybym mieszkał sam. Ale tak zwykle jest, ze wszyscy wokół wciąż chcą pomagać, wyręczać. Poza tym chciałem uniknąć pytań o to, co się stało, czy będę chodził itp. Musiałem to sobie najpierw poukładać w głowie.

 

A.K. Koszykówka zajmuje ważne miejsce w Twoim życiu?

P.S. Tak, choć nie marzyłem by zostać koszykarzem, dobrze, że tak się stało. Zetknąłem się z koszykówką w szkole podstawowej, więc było mi trochę łatwiej niż pozostałym chłopakom. Miałem podstawy techniczne, lubię rywalizację, grę zespołową i wspólne działanie. Nie każdy musi być mistrzem, ale każdy może robić coś dla siebie.  Rywalizacja między zespołami zawsze jest ważna, ale dla mnie ważny jest też czas, który razem spędzamy na treningach oraz wyjazdach. Poznajemy inne drużyny, wymieniamy doświadczenia - w koszykówce na wózkach coraz ciekawiej się dzieje. Chętnych do gry w koszykówkę jest wielu, stąd pomysł na 2 drużynę - Małych Mustangów. Pomysł wyszedł oczywiście od Marka Bystrzyckiego. Czasami na treningi przyjeżdżało nawet 17 osób, więc niektórzy mieli małe szanse żeby wejść do gry. Początki są trudne, ale wierzymy w nich i wspieramy. Jest idea utworzenia II Ligi Koszykówki na Wózkach. Oczywiście może się zdarzyć, że Małe Mustangi mogą awansować do I Ligii. W Polsce nie ma Ligii zawodowej. Dotacje, które utrzymujemy rozdzielane są na dwa zespoły. Największe pieniądze oczywiście przeznaczamy na wyjazdy.

 

 

Mustangi wspierane są przede wszystkim przez Fundację PODAJ DALEJ. Dużym powodzeniem cieszy się akcja nakrętkowa. Szkoły, instytucje, prywatne osoby mogą w ten sposób wspomóc Mustangów.  Od listopada ubiegłego roku na konińskich bulwarach stoi ścianka nakrętkowa. Każdy, niezależnie od wzrostu może do niej wrzucić plastikowe nakrętki. To jedyny taki projekt w Polsce – finansowany z Konińskiego Budżetu Obywatelskiego.

 

A.K. Sport to część Twojego życia. Czy oprócz koszykówki uprawiasz również inne sporty?

P.S. Interesuję się sportem, regularnie chodzę na siłownię, rzadziej na basen – czasami z uczestnikami Akademii Życia. Pokazuję jak mogą usprawnić się w wodzie, przy okazji mogę też popływać. Miałem propozycję grania w Kadrze Narodowej. Mimo że widziano we mnie potencjał nie czułem się wystarczająco dobry by grać w tej drużynie. Według mnie to jeszcze nie ten czas.  

A.K. Opowiedz nam o swojej pracy w Akademii Życia.

P.S. Praca w Akademii Życia to dla mnie nowe doświadczenie, jestem specjalistą od samoobsługi. Do Akademii trafiają osoby, które wielu rzeczy muszą nauczyć się od podstaw.

Mają 20-25 lat i często wcześniej nie przesiedli się samodzielnie z wózka na łóżko i nie przygotowali sobie śniadania. Najpierw zadaję pytania – np. „czy potrafisz się samodzielnie przesiąść, skorzystać z toalety?”. Później w zależności od oceny sprawności konkretnej osoby zaczynamy trenowanie konkretnych umiejętności. W końcu następuje moment, kiedy opanowują jazdę na wózku, balans, pokonywanie przeszkód w terenie. Osoby z AŻ mogą zobaczyć jak wygląda i działa zaadaptowany samochód. I to już krok w stronę decyzji – chcę zdobyć prawo jazdy!  A to daje dużą niezależność. Oczywiście trzeba mieć zgodę lekarza, ale zarówno para- jak i tetraplegicy świetnie sobie radzą za kierownicą.

 

 

A.K. W Akademii Życia uczestnicy spędzają bardzo intensywne pół roku. Później wracają zwykle do swoich domów i …?

P.S. Chciałbym, aby osoby niepełnosprawne były bardziej niezależne. Często są zależne od innych na własne życzenie. Rodzice często nie zastanawiają się, co będzie po ich odejściu. Taka nadopiekuńczość bardzo szkodzi i zmniejsza szanse na pełną samodzielność osób niepełnosprawnych. Istnieje ryzyko, że po powrocie do domu, do rodziny część uczestników „zastopuje”. Mogę pomóc tym, którzy sami będą tego chcieć. Te postępy nie u wszystkich są takie same, różny też jest czas, jakiego potrzebują na zmiany. Ale one są i to jest ważne. Teraz dla innych robię to, co kilka lat temu chłopaki z Grupy Pierwszego Kontaktu zrobili dla mnie. – PODAJĘ DALEJ

 

A.K. Co Cię motywuje, jak Ty motywujesz uczestników Akademii?

P.S. Motywuje mnie to, gdy widzę jak uczestnicy się zmieniają, nabierają nowych umiejętności, rozwijają się. W domu najczęściej wyręczano ich w wielu sprawach dotyczących codziennego funkcjonowania. Powtarzam, że im bardziej będą samodzielni tym łatwiej będzie im się żyło. To da im nowe możliwości. Cieszę się razem z nimi z ich sukcesów, np. pierwszego samodzielnego przemieszczenia się z wózka na łóżko czy zrobienia balansu. Podpowiadam im także, jak prosić o pomoc obce osoby, by była ona taka, jakiej oczekują. Czasami trzeba Akademii Życia jest kilku specjalistów, współpracujemy ze sobą, a na comiesięcznych spotkaniach omawiamy postępy i problemy każdego uczestnika. Dzięki temu możemy skuteczniej ich aktywizować, pomagać, kiedy sobie z czymś nie radzą. Zwłaszcza, gdy dopada ich zniechęcenie. Z każdą osobą pracujemy inaczej, bo też do każdego trafić trzeba w inny sposób. Inaczej motywować. Omawiając sytuację konkretnej osoby określam jej postępy w zakresie samoobsługi, wymieniam doświadczenia np. z Asią Obiałą – couchem. Mamy wtedy kompletny obraz i staramy się znaleźć najlepsze rozwiązanie. Podczas pierwszego wywiadu - pytamy o oczekiwania, o to, co chcą osiągnąć. Opracowujemy dla każdej osoby optymalny plan działań. To, z czym wyjadą z Akademii Życia, jak bardzo się usamodzielnią w największym stopniu zależy od nich samych. Ich oraz nasza praca procentuje - zarówno podczas pobytu w Koninie jak i po powrocie do domu. Ważna jest reakcja rodziny. Zależy nam na tym, by rodzina wspierała i doceniała samodzielność, a nie starała się ponownie ją ograniczać.  Uczestnicy wzajemnie się motywują, każdy zaczyna z innego pułapu.  Niektóre osoby mają już spore umiejętności i należy je tylko rozwijać, inne muszą je dopiero nabyć.

Do Akademii Życia trafiają osoby z uszkodzeniem rdzenia kręgowego i mózgowym porażeniem dziecięcym. Osoby po URK często są bardziej zmotywowane, chcąc odzyskać, choć część utraconej sprawności. Cztery edycje Akademii Życia pokazały nam, że osoby, z MPD ze względu na swoje ograniczenia często potrzebują więcej czasu.

 

A.K. Co uważasz za swój życiowy sukces?

P.S. Mój tata zginął w wypadku, kiedy miałem 6 lat. Ja w wyniku wypadku musiałem zacząć żyć „od nowa”. Często się nad tym zastanawiam. Nie załamałem się, nie wpadłem w alkoholizm. Nie trafiłem też do szpitala psychiatrycznego, a to się często w takich sytuacjach zdarza. Miałem szczęście do ludzi. Pomagali mi przyjaciele, moja była dziewczyna i jej rodzice – nadal utrzymujemy ze sobą bardzo dobre kontakty. Odwiedzam ich, kiedy tylko mam okazję.

 

 

A.K. Co lubisz w innych osobach i w sobie?

P.S. Wymagam dużo od siebie i od innych ludzi, cenię punktualność. Lubię w innych szczerość, zwłaszcza w ważnych życiowych sprawach.

 

A.K. Jak spędzasz swój wolny czas, co jest dla Ciebie ważne?

P.S. Jestem raczej domatorem - chłopaki żartują, że jestem taki „perfekcyjny pan domu”. Oczywiście najwięcej czasu spędzam ze swoją dziewczyną. I nie zapominam o przyjaciołach, zawsze znajdę dla nich czas. Zmieniłem swoje nawyki żywieniowe, unikam smażonego mięsa, nie palę. Chodzę na siłownię. Umiem się cieszyć z tego, co mam i takie nastawienie chciałbym przekazać innym ludziom.

 

 

A.K. Co jest dla Ciebie ważne, czego mogę Ci życzyć?

P.S. Nie zazdroszczę innym, doceniam wszystko, co mnie spotyka. Chciałbym nadal robić to, co sprawia mi satysfakcję, ponieważ widzę, tego efekty. Wiem, że dokładam swoją cegiełkę do tego by zmienić na lepsze czyjeś życie.

 

Życzę Ci, abyś tej satysfakcji z PODAWANIA DALEJ  miał coraz więcej.

Z Przemysławem Stelmasikiem rozmawiała Anna Klechniowska

 

https://www.facebook.com/KSSMustang/

www.podajdalej.org.pl